|
INDIA CZAJKOWSKA
testament
ptaki rzucone w niebo
nie narodzone nigdy słowa
ciszę otwartą w nieruchomość
nocy zostawiam
...
jesteśmy tylko
uschniętym drzewem
ziemią
która nie miała w sobie
obietnicy narodzin
ustami co zatrzymały się
między myślą a słowem
ciałem którego śmierć we mnie
żyje
i nie pomoże nawet
iskra boga
bo dzieli nas święta góra
stopy jej nigdy nie dotkną
a woda z jej śniegów
nie spłynie
ku korzeniom drzewa
bo to jest góra wiecznego
cienia
święta góra
uzasadnienie
w cieniu
straciłam z oczu
sierp
do przecinania więzów
dwoistość moja
uczyniona z niego
zamilkła
w osieroconą jedność
twarzą w twarz
ja i on, żyjący kiedyś we mnie
jak lustrzany poklask
i
nie mieliśmy sobie nic
do powiedzenia
ponadto
że pisząc w dwóch fotelach jednocześnie
stworzymy więcej wierszy
dobranoc
herbata się parzy
czas czeka
czerwona lampa w kącie
fotel roztrząsa
nieobecność
wszyscy ludzie poszli w zapomnienie
głaszczę ospale samotność
lśnišce futro
czas czeka
przede mnš pusta równina biurka
(czy ona lubi głaskanie
pod włos?)
głód maszyny do pisania
a drzewa za oknem wciąż
stoją
wciąż milczą ciszej
niż ludzie
drzewa nie mówią dobranoc
czas czeka
Przypowieść wędrowca
Kiedy moje oczy zakradły się tam
na skraj wzgórza
tarasy z widokiem na wczoraj
otworzyły się przed nimi
zawsze był ład w czasie minionym
lecz tego dnia wszystkie
porządki zlały się w chaos
Jedyną nicią prowadzącą mnie
pozostało ich wątpliwe
następowanie w czasie
Moje oczy spadając w anarchię kolorów
prawie krzyczały z niepokoju
a tęczowe plamy sensów zanikały
wsiąkały w ziemię
umierały przeradzając się
w ciała naznaczone przypadkowości form
W ten sposób, nie widząc sensów
poczułam się niezwiązana
oto wczoraj widziane dziś
i dziś widziane wczoraj
oraz wczoraj widziane wczoraj
zlały się w jedną rzekę
i moje oczy odpłynęły
i zobaczyłam wtedy ziemię ze wszystkich
stron i wzgórz
(na które kiedykolwiek zawędrowałem)
jednocześnie
i siebie, jak stoję tam i dostrzegam
domy których nie ma
w plštaninie drzew
...
łąki bywają bezdeszczowe
bez szmeru cienia
ciała kochanków prześlizgują się
na drugi brzeg zwaśnione
rzeki pojednania
bezbrzeżne
i są
nieba bez schodów
|