|
|||||||||||||||||||
|
|||||||||||||||||||
Jest już nowe, 30 -te wydanie ENIGMY !
| |||||||||||||||||||
|
Chciałem być poetš
ENIGMA: Dlaczego obrazy Dariusza Twardocha łatwiej znaleźć na autorskiej stronie internetowej niż w warszawskich galeriach? Dariusz Twardoch: Powód jest bardzo prozaiczny. Większość galerii nie płaci regularnie artystom za sprzedane prace. Na szczęście to zjawisko pomału się wycisza. Ale tak zupełnie nie uciekłem z galerii, ponieważ odnaleźli mnie marszandzi z Sopotu, Lublina i Zakopanego. ENIGMA: W takim razie internet okazał się dobrym medium dla Pana prac. Ale czy łatwo artyście pogodzić się z takš zmianš formy prezentacji obrazów? Dariusz Twardoch: Ten proces trwa i z nim walczyć nie można. Nadal malarze wstawiają swoje prace do galerii, ludzie przychodzą, oglądają, czasem kupują. Zauważyłem, że już nawet taka bezpośredniość zanika. Obrazy coraz częściej zawieszane są w internetowych galeriach, a sale wystawowe zamieniają się w sklepy z antykami. Również w moim przypadku znacząca sprzedaż obrazów odbywa się poprzez sieć. Ale mimo doceniania roli internetu, nie potrafię posługiwać się komputerem. W moim imieniu stronę oraz korespondencję prowadzi mój syn Filip. Poza tym jestem blisko związany z Galerią Falenica. To również pomysł wykorzystujący siłę internetu. Wirtualna galerią zajmuje się moja teściowa, Ewa Gzylewska. Obrazy, fizycznie, czekają w jej domu na osoby, które zgłoszą chęć obejrzenia, zakupienia czy wypożyczenia dzieła. ENIGMA: Ale takie galerie są uboższe o wernisaże. Dariusz Twardoch: Tak. A to zawsze są piękne przeżycia. Ostatnio ciekawym eksperymentem okazał się wernisaż w Sopocie. Ola Magier z galerii Radwan, poprzez ogłoszenie w lokalnej prasie i telewizji, zaprosiła wszystkich na otwarcie mojej wystawy. Było bardzo miło, bo przez ponad dwie godziny przychodzili ludzie z miasta, którzy chcieli poznać artystę, zobaczyć obrazy. Przyznaję, że tłum był wątkowo duży. ENIGMA: Pana obrazy znajdują się w prywatnych kolekcjach na całym świecie, a Ludzieńki zachwyciły publiczność i jurorów wielu znakomitych konkursów. Często podejmuje Pan takie wyzwania? Dariusz Twardoch: Kiedy byłem młodym twórcą, bardzo chciałem brać udział w prestiżowych wystawach, wygrywać w konkursach. Teraz mi już przeszło. Po prostu uważam, że takie działania mają przede wszystkim poprawić wizerunek artysty i podnieść wartość jego prac. Ale oczywiście bardzo miło wspominam udział w przeróżnych zdarzeniach artystycznych. Z ciekawszych pamiętam Triennale Malarstwa w Osace (Japonia, 1996 r). Zgłoszono tam ponad 10 000 prac, a wybrano sto, w tym Twardocha. Równie sympatyczny był udział w festiwalach sztuki w Lellgen (Luksemburg 1995; 1996). Zdobyłem tam kilka nagród i bardzo cenne uznanie publiczności. ENIGMA: Czy istnieją jakieś różnice, np. kulturowe, w odczytywaniu historii Ludzieńków? Dariusz Twardoch: Wszędzie są ludzie o podobnej wrażliwości. Świetny odbiór moich obrazów jest we Francji i w Japonii, bardzo przeciętny w Anglii, ale już w Irlandii znakomity. Nie potrafię tego wyjaśnić. Pamiętam, że podczas wystawy w Londynie podchodzili do mnie ludzie i prosili, abym opowiedział, co namalowałem... Nigdzie indziej się tak nie zdarzyło. ENIGMA: A skąd przyszły Ludzieńki? Dariusz Twardoch: One przywędrowały różnymi drogami. W czasie, gdy jeszcze malowałem architekturę, pojawił się pomysł na cykl obrazów Teatr lalek z główną postacią Lalkarza - w płaszczu, w kapeluszu, bez twarzy i bez dłoni. Lalkarz był tajemniczy i nieokreślony. Niektórzy nawet utożsamiali go z bogiem, demiurgiem. Dla mnie to po prostu "dzianie się". Obok Lalkarza, pojawiły się Marionetki. A chwilę później zacząłem malować do wierszy Leśmiana. Dzięki jego poezji Marionetki ożyły... i zostały Ludzieńkami. ENIGMA: Jednym z najbardziej znanych obrazów jest Wielki Lalkarz z 1994 r. Co prawda nie przypomina już Lalkarza z Teatru Marionetek, ale wydaje się być jeszcze bardziej tajemniczy. Dariusz Twardoch: Powstała twarz zupełnie abstrakcyjna. Były wtedy we mnie silne emocje - poczucie samotności, tkliwość. Chciałem to wszystko opowiedzieć w jednej twarzy i chyba się udało. Próbowałem potem jeszcze do niej wrócić, ale to już były inne obrazy. Brakowało uczuć. Od całkiem niedawna maluję... portrety. W twarzach, niby-Marionetek, chwytam podstawowe podobieństwa, rysy, zachowując konwencję. I chociaż te obrazy traktuję ciągle jako eksperyment, to przyznaję, że sprawiają mi wiele radości. ENIGMA: Ile czasu trwa stworzenie kadru z życia Ludzieńków? Dariusz Twardoch: Najpierw obraz powstaje w wyobraźni. Bywa że rodzi się bardzo długo, nawet kilka lat i przeważnie pojawia się razem z tekstem. Inspiracją są doświadczenia z mojego życia i historie podpatrzone albo opowiedziane. Jeśli obrazek już jest w wyobraźni, w głowie, w emocjach to namalowanie jego zajmuje mi godzinę, czasem dzień albo kilka dni, w zależności od nastroju. Zauważyłem, że prace malowane z pierwszej ręki sš najlepsze. Po prostu nie brnę przez materię. Mój warsztat, w zakresie malarstwa pastelowego, jest genialnie dopracowany. Bozia dała mi odrobinę talentu, nie dużo, odrobinę. A ja bardzo dużo maluję. I chyba mogę powiedzieć, że mam szaleńczą wyobraźnię. Dzięki niej jestem w stanie łączyć swoje potrzeby emocjonalne z malarstwem. To nie jest tylko zwykłe odtwarzanie. Nawet w czasach, gdy głównie malowałem pejzaże, czegoś mi brakowało. Sam nastrój pejzażu, to było dla mnie zbyt mało. Czułem, że muszę powiedzieć więcej, dokładniej. ENIGMA: I dlatego pojawiły się pastele? Można było nimi przekazać wszystko? Dariusz Twardoch: Pastele wymusiło życie. W tamtych czasach nie miałem osobnej pracowni. W pewnym momencie urodził się mój syn, a farby pachniały. Musiałem więc zrezygnować z olejnego malarstwa i odnalazłem pastele. ENIGMA: Jeszcze wcześniej zajmował się Pan rysunkiem i grafiką. Dariusz Twardoch: Na początku bardzo dużo rysowałem tuszem. Potem próbowałem różnych technik w grafice linorytu, akwaforty. A skończyłem na farbach wodnych i olejnych. Wtedy przede wszystkim malowałem architekturę, ale dość specyficzną. Jeździłem do Lublina, na krakowski Kazimierz. Szukałem bram, okien, schodów i nastroju sprzed dziesiątek lat. Zawsze chciałem namalować patynę czasu. Właśnie tam zakochałem się w świetle. Mroczne bramy, prześwity, kurz. Podobny świat również towarzyszy Ludzieńkom. Tak jak w tytule jednego z obrazków "Stare, nikomu niepotrzebne okna / nucą cichą piosenkę / o tajemnicy światła". ENIGMA: Niektóre obrazy powstały z inspiracji wierszami Gałczyńskiego, Leśmiana, a ostatnio tekstem Dezyderaty. Jednak większość tytułów jest Pana autorstwa i przyznaję, że tworzą niezwykły zbiór lirycznych miniatur. Dariusz Twardoch: Chciałem być poetą. Zaczšłem pisać wiersze w wieku piętnastu lat. Nawet trochę publikowałem w pismach młodzieżowych m.in. w Radarze. Tak naprawdę z wierszami nigdy się nie rozstałem. Zmieniły one trochę kształt i przeniosły się w drobne formy poetyckie pod obrazkami. ENIGMA: Proszę zdradzić gdzie "Są takie miejsca, w których każdy dostaje to co chce"? Dariusz Twardoch: Na obrazku wygląda to tak - uliczka, trochę zagracona, ściana domu z małym okienkiem, a do tego okienka długa, długa kolejka. I z tego okienka odchodzą kolejni Ludzieńkowie, którzy już otrzymali to, co chcieli. Tym miejscem oczywiście jesteśmy my sami. ENIGMA: Myślałam, że inspiracją tytułu była pracownia, w której rozmawiamy. Mała, przytulna, ciepła. Pełna niezwykłej aury, tak jakby gdzieś obok mieszkały Ludzieńki, jakby istniała na pograniczu światów. Dariusz Twardoch: Historia tego miejsca jest szczególna. Stwarzaliśmy je (pracownię i dom zarazem) z niczego. Moja obecna żona, Joanna Gzylewska, skończyła wtedy ceramikę, a ja byłem po różnych rozdrożach życiowych, praktycznie bez mieszkania. I znaleźliśmy ten maleńki domeczek. Tu stały tylko gołe ściany. Sami wszystko wyremontowaliśmy i ociepliliśmy duszą. Od niedawna mieszkamy w innym miejscy, a tutaj już tylko pracujemy. ENIGMA: Przysłuchują się nam także ceramiczne Ludzieńki. Dariusz Twardoch: Tworzy je Joanna. To połączenie jest niesamowite, bo z jednej strony mamy pastel miękki i delikatny, a z drugiej ceramikę zimną i twardą. Razem pracujemy od siedmiu lat. Kiedyś zaproponowałem Joannie, by spróbowała uchwycić jakiś motyw z moich obrazów. Jedna z pierwszych prac przedstawia Ludzieńka, siedzącego na dachu domu. Teraz wzajemne inspiracje nie sš już tak bliskie. Ale ceramiczne Ludzieńki mają równie dużo ciepła, sš nieśmiałe i trochę zagubione. Czasem zdarza mi się coś podpatrzeć u Joanny i przenieść do świata pasteli. Ale robimy to za wzajemnym pozwoleniem. ENIGMA: Na środku pracowni stoi stary piecyk tzw. koza. Ona ma również swoje miejsce w świecie Ludzieńków. Pojawiają się też inne rekwizyty... Dariusz Twardoch: Moja walizka z czasów dzieciństwa, Ławeczka, List. To są archetypy, którymi opowiadam o podróżach, czekaniu, wspomnieniach. Uwielbiam malować papier, dlatego w świecie Ludzieńków jest dużo kartek: zapisanych, czystych, poszarpanych. Często też pojawiają się motyle symbol przemiany, ale dla mnie to także marzenia. ENIGMA: Podobnie jak gwiazdy. Ludzieńki przecież mówią ... a jeszcze tyle życzeń i marzeń do spełnienia, ile gwiazd spadających. Dariusz Twardoch: Gwiazdy pojawiły się pierwszy raz przy Gałczyńskim, gdy wymyśliłem cykl obrazów do jego poezji. Nie sposób nie malować szafirami jego wierszy. A przy okazji odkryłem, że ten właśnie kolor jest bardzo ważny dla Japończyków i wszędzie im towarzyszy: w domu, w świątyni. Może też dlatego tak lubią moje obrazy. ENIGMA: Co czuje artysta, gdy po raz kolejny, zostaje przymuszony do namalowania tego samego motywu? Dariusz Twardoch: Rzeczywiście takie prośby się zdarzają. Sš jednak tematy zamknięte. Nie wracam do nich, bo wiem, że już nic nowego tam nie zaistnieje. Coraz niechętnej zgadzam się na powtórzenie pomysłu. Ale z drugiej strony, gdybym odmawiał, nie miałbym z czego żyć. Poza tym nie wiem na czym to polega, ale jeśli ktoś kupi jednego Twardocha, to potem układa własną galerię z różnych odsłon życia Ludzieńków. Bywa też tak, że jeśli maluję obraz na życzenie, to proszę, aby ktoś opowiedział mi o sobie, o marzeniach, fascynacjach, podróżach. ENIGMA: I od takich opowieści rozpoczynają się przyjaźnie? Dariusz Twardoch: Zdarza się, że przypadkowe znajomości przez obrazek, pozostają na całe życie. Tak się stało z Joanną, która zbierała moje obrazy i w ten sposób się spotkaliśmy... Mamy masę przyjaciół. W większości są to ludzie, którzy przyszli po obrazek, a zostali na dłużej. To jest bardzo cenne. Jeśli mogę się z kimś spotkać, przekazując swoją pracę, to zawsze pytam: co takiego się stało, że ktoś chce mieć moje Ludzieńki. I tak zaczyna się rozmowa, która często przeradza się w długa rozmowę, cykl rozmów i w piękne związki emocjonalne. Bez tego ciężko byłoby mi żyć. Rozmawiała: Aleksandra Rudalska | ||||||||||||||||||