|
PORA NA DEBIUT
Debiutanckie tomiki poezji maja
w sobie cos szczególnego. Zazwyczaj
bezbronne nazwiskiem, próbuja odnalezc
wlasciwe miejsce w literackiej i pozaliterackiej
rzeczywistosci. Nie jest to
latwe, poniewaz od krytyków i nielicznych
juz dzis - czytelników zalezy prawie
wszystko: akceptacja albo zapomnienie.
Niestety wspaniale debiuty nie zdarzaja
sie czesto i nawet im nie towarzyszy
rozglos. Jednak "magia poezji"
sprawia, ze pomimo niekomercyjnosci,
staja sie one waznym zakleciemw swiadomosci
odbiorców i niezwyklym podarunkiem
mysli dla mysli. Pozbawione
przypadkowosci, zaskakuja dojrzaloscia
i wlasnym, poetyckim stylem. Do
takich wyjatków nalezy pierwszy tomik
Anny Rossmanith pl. "Inna pora".
Tutaj kazdy wiersz ma swoja historie
napisana przezyciem i ma swój
czas. Nie jest istotny dzien, miesiac ani
rok, a jedynie - wewnetrzna pora. Zatrzymany
w przeczuciu obraz, zamieniony
w slowa, otrzymuje wymiar gdzie
"zegar jeszcze nie stanal / wiec czas
plynie i plynie / za oknem lato / albo inna
pora roku".
Zawsze inna pora ale to samo
przemijanie, na granicy narodzin
i smierci. Przeciez najpierw "kolebiesz
sie w wadole / brzucha", a potem nagle
dostrzegasz, ze "nikt nie zapisze
jeszcze raz swiata / swiezo umarlemu
staruszkowi / ta srogosc bierze sie ze
znajomosci rzeczy". W ten sposób mijajac
kolejne przypowiesci wierszy -
rozpoznajemy siebie. Jestesmy bowiem
jak ten, kto "przemierzyl / kawal
przestrzeni / nawet nie wiedzac ze byla
dla niego". I coraz czesciej stajemy
sie kims, kto "przemierzyl (...) / kawal
przestrzeni / jakby szedl na nieznana
przechadzke / i nie myslal / bo skad
mógl wiedziec / ze myslenie wystarcza
/ aby byc". Wprawdzie jestesmy spadkobiercami
Kartezjusza, ale takze
upodobniamy sie do kogos, kto "nie
zbieral mysli / trwonil próby / igral
z czasem".
To co dzieje sie w wierszach Anny
Rossmanith jest bliskie, uniwersalne
i jednoczesnie niedookreslone. Sama
poetka tak o tym pisze: "nie wymyslilam
swiata, ludzi ani przemijania, ale
wszystko to, czego nie wymyslilam dotyka
mnie, czasami jest poza mna, czasami
we mnie. Ze mnie jest tylko mój nikly
udzial w swiecie, moje krótkie zamieszkanie
w ludziach i prywatne przemijanie,
wreszcie mój wlasny odrebny
wymiar - slowo."
Istotne dla poetyckiego obrazu sa
slowa, które przyblizaja granice poznania
i odkrywaja bogactwo "Wzawilym
swiatku metafor". Oto "pod stopami
zmarszczone czolo nieba" i "kroki /
wsznurowane w liscie", a obok "dzwony
ostudzone wiersze / kolysza spokojny
wilgotny krajobraz". Wsród takich
pietrowych metafor pojawiaja sie
krótkie, lustrzane porównania: "mialem
w tobie przyjaciela / jak ptak
skrzydlo" .
Pomalu ze "slów przepastnej sieci"
wydobywa sie inny wymiar. Anna Rossmanith
otwiera nowe pejzaze wyobrazni,
by na koncu wypowiedziec niezwykla
w prostocie, liryczna prawde: "nic mi
nie zastapi / rak i slów. Kraglych przestrzeni,
/ którymi odkrywam dlugo."
To tylko malenka odslona zmagan
miedzy doswiadczeniem a opisaniem,
racjonalizmem a metafizyka, wreszcie
miedzy cialem a dusza. Z tej walki wylania
sie poezja napietnowana doskonaloscia.
Bo przeciez wiersze Anny
Rossmanith zblizaja nas do filozofii i tradycji,
mówia - symbolami. Nie neguja
doswiadczen jednostki utrwalonych
przez wieki. Odmierzajac "inaczej"
czas, wypelniaja pustke we wspólczesnej
poezji polskiej. Sa lacznikiem miedzy
popularna impresja slowa, a nieosiagalnym
idealem mysli.
Nam, czytelnikom, pozostaje malenki
lecz wielki tomik i jeszcze jedno
zyczenie autorki: "chcialabym, zeby
czlowiek idac zwyczajnie i myslac zwyczajnie,
czul, ze trzyma w ramionach jakis
okruch tej dali, ku której zmierza."
A poetyckie echo powtórzy: "zycze ci
swiata / w którym bedzie wazny / twój
swiat".
Aleksandra Rudalska
|